Macierzyństwo jak pudełko wierszy

Forrest Gump powiedział: "Życie jest jak pudełko czekoladek". Parafrazując wypowiedź głównego bohatera twierdzę, że macierzyństwo jest jak pudełko wierszy. Nigdy nie wiesz, czy dziś przeczytasz wolny, stroficzny, biały, czy sylabiczny utwór. I czy po jego lekturze będziesz rozmarzona, wściekła, spokojna, czy rozkojarzona? Dzieci potrafią zainspirować i wzruszyć równie mocno, jak lektura literatury pięknej. Mali złodzieje czasu są moim natchnieniem każdego dnia. Choć początkowo trudno było zrozumieć tę cudowną prawdę.

Myszka po drugiej stronie lustra

Do napisania, tym razem zmyślonego, scenariusza „odwróconej historii” o słomkowym napoju opowiadanej z perspektywy mężczyzny zainspirowali mnie mężczyźni: ci, którzy tak fantastycznie skomentowali mój ostatni wpis o obdzieranej myszce oraz jeden z ostatnio dodanych do znajomych, któremu napisałam, że powinno się go klonować, aby z jego DNA robić szczepionki i aplikować innym mężczyznom… Dziś w nocy naszła mnie refleksja, że właściwie to jestem niesprawiedliwa, bo przedstawiam tylko punkt widzenia kobiety. A przecież współcześni mężczyźni nie są winni temu, że kiedyś płonęłyśmy na stosie… Czemu widzę tylko orła, a nie dostrzegam reszki? No czemuż ja ich tak atakuję za przeszłość, w której ...

Obedrzeć myszkę ze skóry

Właśnie szykowałam sobie herbatę, a jest to jedna z nielicznych celebrowanych przeze mnie chwil od czasu narodzin K. (rozkoszuję się każdym łykiem, zgodnie z zasadą: jeden długi łyk – cztery sekundy wolności i usprawiedliwionej bezczynności). W każdy polski łikend (jeśli tylko spędzam go z facetem, świecącym palcem obutym w taki sam szlachetny metal jak ja) około dziesiątej parzę sobie jedną z zielonych herbat, z myślą, zamiarem i szczyptą desperacji, aby na kilkanaście minut popaść w przymusowy relaks błogiego nicnierobienia (zwykle na zamiarze się kończy). Stałam się więc poniekąd łikendowym ten o’klokiem. O czym to ja… Już wiem. Więc szykowałam sobie dziś herbatę, ...

No to jest nas czworo…

 „No to jest nas czworo, licząc do opłat za wywóz śmieci” – taki komentarz umieściłam pod opublikowanych na „fuckbooku” (jak określa tę społeczność pewien facet – właściciel żółtej blaszki, założonej przeze mnie na niewłaściwy palec ponad dwadzieścia lat temu w pewnym katolickim przybytku) zdjęciach, w których tylko na jednym jesteśmy sami (nie licząc błękitu nieba i romantycznych cumulusów). Staliśmy się posiadaczami uroczej parki – niebieskookich złodziei czasu i energii. Nie wiedzieć czemu, ale właśnie przypominał mi się fragment filmu „Usta usta”, kiedy jeden z głównych bohaterów zwierza się drugiemu głównemu bohaterowi, że wcielająca się w jego żonę Sonia Bohosiewicz już go nie ...

Niestety, jestem teraz zajęty, mamo…

Dzisiejszej nocy zrozumiałam, że w macierzyństwie brakowało mi dialogu… Może właśnie dlatego nie dawało takiej dawki satysfakcji, jakiej oczekiwałam, a która bazowała na nadziei wzajemnego komunikowania się. Moja gęba lubi wylewać przypływem słowotoku, będącym źródłem permanentnej frustracji niektórych znajomych, ale który lubię. Stan ten postrzegam jako rodzaj satysfakcjonującego monodialogu, nabierającego barw  tęczy w obecności słuchacza (zwłaszcza przejawiającego cechy słuchania  aktywnego, czyli  z nawiązaniem kontakt wzrokowego, kiwaniem potakująco głową z jednoczesnymi  stosowaniem  przerywników w rodzaju: „oczywiście”, „niemożliwe!”, „co było dalej?” itp., upewniających mnie, że jestem słuchana i rozumiana). Przepowiednia starej lekarki-wróżki (sarkastycznie nazwanej przez koleżankę poinformowaną, że według niej mały zacznie wcześnie mówić) ...

Zniewalające macierzyństwo

Odkąd K. przyszedł na świat zauważyłam, że w niektórych sferach emocjonalnych straciłam na swojej jędzowatości, a w niektórych wręcz zjędzowaciałam do granic niezmierzalnych. Co się dzieje? Może cofnięcie się pamięcią aż do narodzin synka coś da…   Od początku synek był niepokorny. Najpierw ułożył się książkowo, by w następnej chwili pokazać pewną częścią ciała gdzie ma cały ten galimatias, jakim jest świat zewnętrzny. Do południa sypiał, potem wiercił się niecierpliwie do wieczora, by tuż po dwudziestej dokonać codziennego rytuału próby wyjścia głową przez pępek. Pchał się na ten świat i pchał. Aż w końcu został do niego zaproszony. I zaczęło się. Każda próba przymknięcia powiek kończyła ...

Zeszyt w kratkę był ponadczasowy

Wklejam obrazek dla lepszego przekazu treści, ale nie wiem, czy nie będzie to gestem środkowego palca skierowanym w stronę przepisów o prawie autorskim. W tle wypowiedzi mogłaby sączyć się jakaś zjadliwa muzyczka, ale – patrz zdanie powyżej. Chętnie wypowiedziałabym się (zwłaszcza negatywnie) na temat nibypolityków, nibyaktorów, czy innych znanych nibygwiazd warszawskiego nieba, obawiam się jednak ewentualnych spraw sądowych. Mogłabym nawet zdobyć się na niecenzuralne słowo, wtrącone od czasu do czasu zamiast przecinka (jak to w języku polskim bywa), ale obawiam się, że administratorzy skasują moją skromną stronkę… No to co mi tak naprawdę wolno? Zeszyt w kratkę z okresu PRL był lepszy.  Mogłam tam nasmarować, ...

Na życie patrzę przez emocje…

  Kiedy  w końcu „(…) Młodość szalona, młodość przeklęta, przeszła na drugą stronę”   zadumałam się nad moją żałosną egzystencją... Wnioski były przerażające – autobilans życiowy wskazywał nieomylnie, że jestem jędzą. I wcale nie było mi z tym dobrze. Ale jak tu jędzą nie być, skoro wokół tyle przeciwności losu, tylu nieżyczliwych ludzi, tyle niesprzyjających okoliczności? Poprzez analizę fragmentów mojego codziennego życia zamierzam znaleźć źródło swojej jędzowatości. I zamienić je w rzekę, albo zasypać kamieniami…. Jestem jędzą, bo w końcu się zbuntowałam. Zainspirowała mnie pewna książka od przyjaciółki o tym, jak nie być w życiu osłem/oślicą. Postanowiłam więc przestać być ofiarą intrygantów, pijaków, pseudokoleżanek, ...

Wstęp nie musi być nudny

Czy to rzeczywistość zmusza ludzi do „odczłowieczenia”, czy ludzie zmieniają świat tak bardzo, że egzystencja w nim staje się pasmem udręki… W czasach, kiedy szczytem marzeń był chiński piórnik i automatyczna strugaczka do kredek, zdarzało mi się zapisywać swoje myśli. Najczęściej w zeszycie do matmy (jakoś nigdy nie było mi tego zeszytu żal). W okresie burzliwej adolescencji pierwotna forma pamiętnika stała się  dla mnie namiastką papierowej przyjaźni… Dopiero dziś, po wielu latach zaczynam dostrzegać potrzebę kontynuacji swojego „opus magnum”. Poprzednie, jako krępujący dowód dziecięcej infantylności zostało na pewnym etapie mojego duchowego rozwoju zniszczone. Z powodu ambiwalentnych odczuć w temacie publicznej wiwisekcji zakamarków swojego jestestwa, tymczasowo ograniczę ...

  • RSS