Macierzyństwo jak pudełko wierszy

Forrest Gump powiedział: "Życie jest jak pudełko czekoladek". Parafrazując wypowiedź głównego bohatera twierdzę, że macierzyństwo jest jak pudełko wierszy. Nigdy nie wiesz, czy dziś przeczytasz wolny, stroficzny, biały, czy sylabiczny utwór. I czy po jego lekturze będziesz rozmarzona, wściekła, spokojna, czy rozkojarzona? Dzieci potrafią zainspirować i wzruszyć równie mocno, jak lektura literatury pięknej. Mali złodzieje czasu są moim natchnieniem każdego dnia. Choć początkowo trudno było zrozumieć tę cudowną prawdę.

Nie ma takiego życia

Sunset

Chyba mam dwie lewe nogi. Bo gdybym wstała jedną, w dodatku prawą, to byłabym w innym nastroju. Biel za oknem świeciła w oczy, jak gestapo na przesłuchaniu. Pytałam sama siebie, czemu tak ciężko wstać w ten mroźny, słoneczny poranek.

Zespół PMI dokuczał jak co miesiąc. K. wyczuł we mnie napięcie i uznał, że ma do spełnienia misję wyprowadzenia mamy ze stanu porannej frustracji. Będzie mu ciężko. Wciągnęłam na siebie rozepchane dresy z cieniem wczorajszych potraw na kolanach, miotając nienawistne spojrzenie w stronę okna.  Jest niedziela, piękny ranek, a ja nie mogę powiedzieć „budzikom śmierć”. Nieopłacalne stało się założenie niewygodnych, ale ładnych i czystych ubrań. Chce mi się pić i jeść, a przede mną co najmniej dwie godziny krzątania po kuchni, zanim będę mogła zadowolić usta czymś innym niż przeżuwaniem przekleństw.

- Mamo….

- Czego chcesz?! Prawie warknęłam – jak pies przed ugryzieniem w kostkę.

Nie usłyszałam czego chciał. Ważne , że znowu CHCIAŁ. Rozmowy, zapalenia światła w łazience, herbatki, omleta, włączenia komputera, zabawy, rozmowy….

Będąc w histerycznym napięciu przedmiesiączkowym, nie chciałam, żeby ktokolwiek dzisiaj czegokolwiek ode mnie potrzebował! Mogłabym przesiedzieć całą niedzielę jak Szymon Słupnik, w kuchennym stuporze, wpatrując się w szklankę z zimną herbatą.

Spojrzałam na te wyczekujące oczy i poczułam się winna. W końcu co może poradzić czterolatek na zmienne nastroje matki. Westchnęłam ciężko i zachęciłam go do rozmowy.

- Mamo, a pobawisz się ze mną? – spytał cichutko.

- Nie, nie teraz. Muszę najpierw umyć gary, wyparzyć butelki, nalać do nich lekarstw, zrobić wam śniadanie, a potem… (w myślach przejrzałam cały napięty harmonogram wolnej niedzieli).  Potem też nie będę miała czasu!

- Dlaczego?

- Bo jestem ciągle zmęczona! Chodzę do pracy i do szkoły, a potem jeszcze wolontariat w kuchni!

- Mamo, a jakbyś nie chodziła do pracy, to byłabyś mniej zmęczona i wtedy byś się ze mną bawiła?

- Westchnęłam, jakbym w gardle miała kilogram krochmalu. Przez chwilę przemknęła myśl, ale uciekła zalękniona.

- Tak, synku. Wtedy bym nie była zmęczona. Ale muszę chodzić do pracy.

- Och, mamo!  A kiedy będziesz mniej zmęczona?

- Nie wiem synku.

- Jak będziesz stara jak babcia, to będziesz miała wolne i nie będziesz zmęczona? I wtedy się ze mną pobawisz?

Już miałam przytaknąć, ale nagle przypomniałam sobie, że przecież będę pracować siedem lat dłużej. A może będę musiała pracować do śmierci, żeby pomóc finansowo dzieciom, jak to robi większość babć w Polsce. A może uzyskanie emerytury przed siedemdziesiątką będzie obwarowane agonalnym stanem zdrowia, wręcz zaświadczeniem z oddziału paliatywnego?

- Nie synku, wtedy też nie będę miała wolnego.

K. przestał mówić, co jest do niego niepodobne. Milczał i widać było po wyrazie twarzy, jak przerabia informacje. Porównuje z posiadanymi danymi (jego babcia nie pracuje, a więc ma czas wolny, dlaczego z mamą będzie inaczej?).

Za mały jest, żebym mogła mu to wszystko wytłumaczyć. Pogrążyłam się w zadumie, patrząc jak chodzi w kółko, jakby tym chodzeniem chciał przemielić usłyszane słowa. W końcu, wyraźnie zmartwiony wnioskami do jakich doszedł, powiedział rozżalony:

- A więc nie ma takiego życia, mamo?!

- Nie ma synku – odpowiedziałam smutno, myśląc o zbliżającej się kumulacji w Lotto. Ale może będzie, może….

Zaczęłam skreślać…


Podziel się tym wpisem

Twitter Delicious Facebook Digg Stumbleupon Favorites Więcej

Zostaw odpowiedź


  • RSS